Dzień pierwszy:
Wszechogarniająca niepewność i strach przed pierwszym w życiu turnusem. Dużo pytań i obaw. Jednak jak zwykle okazało się, że strach ma wielkie oczy. Pamiętam uśmiechnięte twarze rodziców i ogólny spokój na ich twarzach – w końcu to już kolejny turnus w ich życiu, wiec znają charakter i specyfikę takich spotkań. Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie. Pamiętam również, że dzieci chowały się za swoich rodziców i nie bardzo chciały nawiązać z nami kontakt. Reszte wspomnień z tego dnia zjadły nerwy i stres.
Dzień drugi:
” czy gotowe są nogi do dalekiej drogi? “

Dziś mieliśmy do wykonania, z pozoru bardzo łatwe zadanie – wycieczkę ulicami miasta, zwiedzanie rynku. Miałam rozmawiać dziećmi, zadawać im pytania i tłumaczyć nowe rzeczy. Jednak zadanie to, tylko z pozoru wydawało się proste. Niemałym zaskoczeniem było dla mnie to, jak hałas, zgiełk dużego miasta, nadmiar bodźców wzrokowych wpływa na ograniczony odbiór mowy ludzkiej i jej zrozumienie. Dzieci sprawiały wrażenie zagubionych, trudno było im się skupić, miały duży problem z zapamiętaniem i powtórzeniem tego, co nauczyły się przed chwilką. Na przykład: idąc przez miasto oglądały sklepy, zakłady pracy, które dla większości z nich z pewnością nie są obce, takie jak: sklep spożywczy, obuwniczy, zoologiczny, zegarmistrz, szewc, apteka. Jednak po prezentacji tych obiektów, wyjaśnieniu ich znaczenia nie wszystkie umiały odpowiedzieć na pytania typu: w jakim sklepie kupujemy buty? albo kto naprawia zegary czy buty?. Myślę, że to właśnie otaczający je hałas wpływał na ich dekoncentrację i ogólne pobudzenie. Natomiast w hotelu, dzieci były już znacznie spokojniejsze, nieco bardziej skupione i lepiej opowiadały o tym, co widziały na wycieczce. Ogólnie dzieci niechętnie pracują, albo idą w parze z kimś innym oprócz rodzica. Mało rozmawiają ze sobą, chyba, że bardzo dobrze się znają.

Dla mnie, przebywanie z dziećmi z wadą słuchu, to zupełnie nowe doświadczenie, ponieważ do tej pory pracowałam ze zdrowymi dziećmi. Nie zastanawiałam się nad tym, jak to jest, gdy dziecko ma problemy ze słyszeniem. Po takich jednych zajęciach w mieście, zrozumiałam jak ciężko musi im być w szkole, w której nigdy nie panuje spokój  i cisza. Zwróciłam uwagę również na sposób i warunki pracy terapeuty z dziećmi. Wydaje mi się, że lepiej pracują w małych grupach albo w relacji jeden na jeden. Natomiast na dużej, otwartej przestrzeni, gdzie dostają wiele bodźców sluchowych , wzrokowych trudno im się odnaleźć , skupić, zapamiętać i potem odtworzyć to co zobaczyły i usłyszały. Jednak, z drugiej strony myślę, że taka dawka wrażeń i poznanie rzeczywistości wielozmysłowo jest dla nich cennym doświadczeniem.

Dzień trzeci:

” autobus czerwony ulicami mego miasta mknie”

Całodniowa wycieczka, nowe miejsca, nowe doświadczenia i moc wrażeń. Po dwóch dniach spędzonych na turnusie lepiej rozumie specyfikę funkcjonowania dzieci z wadą słuchu. Śmielej nawiązuje z nimi kontakt, próbuję częściej zabierać je od rodziców, wiem jakich błędów unikać. Zwracam uwagę na sposób mówienia, na ton głosu, na to, aby mówić bezpośrednio do dziecka utrzymując z nim kontakt wzrokowy, aby dać mu czas na zastanowienie się, aby podczas zwykłej spontanicznej rozmowy częściej pytać o to, co już wie. Przekonałam się jak wiele czynników ma wpływ na stopień zrozumienia naszych wypowiedzi. Ponad to, podoba mi się zaangażowanie samych rodziców, którzy z cierpliwością i uporem przybliżają swoim pociechom otaczającą ich rzeczywistość. Szczególnie zapamiętałam jedną mamę, która cały czas rozmawiała ze swoim synem, ciągle mu cos tłumaczyła i pokazywała. W końcu, znudzony nieco syn powiedział ” mamo, proszę przestań już tyle mówić” na co mama “kochanie, jesteśmy na turnusie, mamy się uczyć, więc muszę do ciebie dużo mówić, czy tego chcesz czy nie”. W takich sytuacjach widać, jak ważne dla rodziców są turnusy i wszelkie możliwe terapie, jak wiele oczekują po takich zajęciach, ale rownież jak wiele dają z siebie, aby terapia przyniosła oczekiwany cel.

Dzień czwarty:

Relacje w grupach stały się o wiele lepsze niż na początku tygodnia. Dzieci, które wcześniej nie rozstawały się ze sobą, zaczęły łączyć się w pary z innymi. Niektóre dzieci lepiej znosiły rozłąkę z mamą i nawet chętniej zostawały bez niej. Chętniej i z większym zaangażowaniem brały udział w zabawach.  Starsze dzieci stały się bardziej otwarte na grupę dzieci ze Słowacji, próbowały z nimi rozmawiać, pocieszać, gdy te mniejsze płakały. Również w hotelu dzieci bawiły się ze sobą, zwiedzając swoje pokoje. Osobiście miałam sytuacje, kiedy niesłyszący chłopczyk ze Słowacji przyszedł do mnie i oglądaliśmy wspólnie jego bajki, on chętnie pokazywał i uczył mnie jak zamigać, np. nazwy zwierząt. Ogólnie myślę, że dzieci zaczęły się dobrze czuć w swoim towarzystwie i odczuwać z tego powodu radość.

Dzień piąty:

Dla mnie osobiście, to bardzo ważny dzień, ponieważ mogłam uczestniczyć  w zajęciach grupowych, prowadzonych przez doświadczonych terapeutów. Zobaczyłam specyfikę takich zajęć oraz bogaty materiał dydaktyczny dostosowany do wieku i możliwości dzieci. Zauważyłam, że dzieci, które były cały czas przy mamie nieśmiałe i raczej ciche, na zajęciach pracowały na prawdę dobrze. Natomiast ci, którzy byli wygadania i odważni przy rodzicach niekoniecznie chcieli pracować w grupach równie aktywnie.

Cenną nauką dla mnie, były również rozmowy z rodzicami. którzy opowiadali o swoich obawach przed i po zaimplantowaniu, o postępach dzieci w rehabilitacji. Teraz widzę, jak ważna i ciężka jest terapia, która odbywa się nie tylko w gabinecie logopedycznym, ale również w domu.  Oczywiście, przy pełnym zaangażowaniu rodziny. Podziwiam rodziców, dziadków za ich upór, cierpliwość i poświęcenie. Podczas jednej z rozmów, mama powiedziała mi, że musi zrobić wszystko, poświęcić każdą chwilę, by pomóc dziecku w rehabilitacji, aby te najważniejsze lata życia i rozwoju nie poszły na marne lecz by przyniosły jak najlepsze rezultaty i pozwoliły dziecku w miarę normalnie funkcjonować.

Jako podsumowanie, mogę tylko dodać, że zdobyłam kolejny bagaż doświadczeń, za który bardzo dziękuję.


Comments are closed.